rezydencja w walencji 2014

MAŁGORZATA GOLISZEWSKA

 

...ale ja nie wiem jak to w życiu jest.... jak to w życiu jest...

Rezydencja Artystyczna w Walencji będąca Nagrodą Specjalną w konkursie Artystyczna Podróż Hestii, była dla mnie podróżą przede wszystkim w głąb siebie.

Po wielu miesiącach nieustannego przemieszczania się, realizowania projektów artystycznych, gonienia deadline'ów, doświadczania intensywnych przygód i zwykłego ludzkiego stresu, nagle znalazłam się w przestronnym pustym mieszkaniu, 2 minuty od Morza Śródziemnego, w mieście, w którym kompletnie nikogo nie znam i miałam tam być przez miesiąc.

Wydawało mi się to wtedy bardzo długim czasem bezruchu i pewnej stabilizacji, zważywszy na to, że przez ostatni rok praktycznie co tydzień nocowałam w innym mieście, wśród innych ludzi i innych spraw.

Tutaj nie znałam żadnych ludzi i nie miałam żadnych spraw poza kontynuacją dwóch życiowych projektów artystycznych czyli:

  1. Spać i mówić codziennie przez sen i nagrywać to.
  2. Znaleźć hiszpańską astrologiczną bliźniaczkę i spędzić z nią 24 godziny.

Postanowiłam więc, że niczym innym, poza spaniem w nocy i szukaniem bliźniaczki w dzień nie będę się zajmować. Że będę mówić, działać, poznawać ludzi tylko na tyle, na ile to jest konieczne i przydatne do realizacji tych dwóch projektów. Chciałam mieć czas na rozmowę ze sobą i na ciszę, której dotychczas było za mało w moim życiu. Robiłam wszystko aby nie wpaść w pułapkę „zwiedzania”.

...a właśnie ja, pierwsze co widziałam, pierwsze co widziałam: trzy kolory. W kształcie gwiazdy. W trakcie dwóch gwiazd, dwóch triangles. This, yeah...

Cabanal - dzielnica Walencji w której mieszkałam, jest bardzo spokojnym, leniwym, wręcz nudnym miejscem, idealnym do realizacji wyżej wymienionych postanowień. Wąskie uliczki po których w godzinach siesty przemykało więcej kotów niż ludzi, bramy pokryte kolorowymi kafelkami, wielkie i mądre drzewa, do których można (i trzeba!) się przytulać, ogorzali dziadkowie zawzięcie zabijający czas w piwiarniach i kawiarniach, i przede wszystkim plaża z wielkim, pięknym, codziennie innym Morzem Śródziemnym. To był mój codzienny świat. Do żarłocznego, zabieganego centrum Walencji wypuszczałam się tylko w celu rozwieszania plakatów o poszukiwaniu bliźniaczki.

...fajne te ręce!...

Plakaty wydrukowałam tradycyjną metodą w pracowni typografii na Wydziale Sztuk Pięknych walenckiego Uniwersytetu, który znajdował się w ogromnym, niesłychanie rozbudowanym kampusie studenckim. Już sam spacer z otoczonego modelami samolotów wydziału komunikacji, przez wypełniony szklarniami wydział biologii, mijając ogromną przeszkloną bibliotekę, kilka stołówek, w których można pić piwo i wino, aptekę i dwa banki, jest przygodą samą w sobie. Wydział sztuk pięknych okazał się przyjaznym, fascynującym i otwartym miejscem. Dwa dni spędziłam w pracowni typografii, kompletując czcionki i obrazki do mojego plakatu. Dałam sobie 3 dni żeby rozwiesić 100 sztuk na przestrzeni całej Walencji.

Jak na razie internetowe poszukiwania siostry nie przynosiły efektów, liczyłam więc na to, że wielka czcionka naszej daty urodzenia na plakacie, przyciągnie wzrok mojej bliźniaczki i zaintryguje ją na tyle, że odważy się ona zadzwonić.

...in my window I have... I have somebody who has ghost. And it took me, now it took me!...

Podczas plakatowania kilkakrotnie gubiłam się w mieście, za każdym razem błądząc w okolicach sklepu z kamieniami szlachetnymi. W końcu postanowiłam do niego wejść. Zapytałam łamanym hiszpańskim sprzedawczyni, czy ma jakiś dobry kamień „na sen” (mając na myśli mój projekt z mówieniem przez sen), a ona zaproponowała mi kawałek czarnego turmalinu za 1 euro, kamienia, który widziałam pierwszy raz w życiu i poleciła spać z nim pod poduszką. Tak też zrobiłam i tej nocy śniła mi się dziewczyna z Ukrainy, którą widziałam zaledwie raz w życiu, ale sen był na tyle intensywny, że rano napisałam do niej na Facebooku. Po krótkiej rozmowie okazało się, że ta dziewczyna posiada na swoim Facebooku jakąś dziwną funkcję, której ja nie mam, a która pozwala jej wyszukiwać osoby po dacie urodzenia. Dzięki temu znalazłam, jeszcze tego samego dnia, kilka hiszpańskich astrologicznych bliźniaczek! To sprawiło, że wróciłam do sklepu z kamieniami i kupiłam ich więcej, różnych rodzajów, żeby codziennie spać z nimi pod poduszką.

...że to do rana już nie będzie nikt, tak! Na czas kiedy one się zderzyły … księżyce....

Okazało się, że ta funkcja to Facebook Graph Search, i że dostępna była ona zaledwie przez kilka tygodni. W tej chwili wyszukiwanie przez datę urodzenia jest już niemożliwe. Mogłam te dziewczyny znaleźć tylko wtedy. Bliźniaczki znalezione przeze mnie internetowo były dosyć nieufne i niezbyt zainteresowane projektem. Jedna z nich, mieszkająca na Majorce, komunikowała się ze mną głównie przez swojego męża, długo mnie zwodziła, a na końcu oznajmiła, że jako głęboko wierząca katoliczka, nie chce mieć nic wspólnego z astrologią. Z innymi też nie było łatwo. Nareszcie znalazłam tą jedyną. Ma na imię Giulia i mieszka w Barcelonie. Zgodziła się i była bardzo zainteresowana udziałem w projekcie, ale w tamtym czasie miała trzy prace i brak wolnego czasu. Umówiłyśmy się, że odwiedzę ją w, kiedy będzie miała mniej stresujący okres. Już kupiłam bilet na samolot. Widzimy się pod koniec lutego.

...to jest tylko jej wyobrażenie... w języku polskim to będzie: night shine peace...

Zanurzyłam się w powolny hiszpański rytm, wyciszyłam i dostroiłam swój umysł do morskich fal, na które patrzyłam codziennie, przez kilka godzin. Bywały noce, kiedy przez sen mówiłam więcej, niż w ciągu całego dnia. Mówiłam po polsku, angielsku, nawet po hiszpańsku. Zaśpiewałam nawet piosenkę (jej słowa posłużyły za pierwszy podtytuł w tym tekście). Na krótki czas, wydaje mi się, że osiągnęłam specyficzny rytm i stan umysłu, który można określić wyrażeniem z mojego snu: night shine peace.

Jestem bardzo wdzięczna za czas, który mogłam spędzić w Walencji. Pozwoliło mi to zrozumieć, że w ciszy jest odpowiedź na każde pytanie. Wyciszenie jest koniecznością dla każdego twórcy i dla każdego człowieka, aby mógł funkcjonować i działać w sposób zdrowy, autentyczny, własny, nie-mechaniczny. Brak ciszy prowadzi do wypalenia, zapomnienia kim, dlaczego i po co się jest. Żeby zrobić coś, najpierw trzeba nie robić nic. Wbrew pozorom, to trudne.

Dziękuję Hestii i Hiszpanii, za to, że mogłam usłyszeć swoją ciszę głośno i wyraźnie.

Tytuły podrozdziałów to cytaty z mojego mówienia przez sen nagranego w Walencji.

Mojej ciszy i mojego mówienia przez sen można będzie słuchać w Galerii Leto od 7 lutego 2015 roku. Na wernisażu wystawy „ostatnia i pierwsza osoba musi mieć psa” odbędzie się też promocja kasety o tym samym tytule, wydanej przez wydawnictwo SUPER oraz dwa koncerty: zespołu Smutne Kobiety (Iza Robakowska, Joanna Szumacher) i projektu sleepin' (Mikołaj Tkacz). Wydarzenie będące próbą podsumowania projektu „Bliźniaczki” odbędzie się w Warszawie 12 czerwca 2015 roku, w moje 30 urodziny i będzie jednocześnie wystawą prezentującą efekty dotychczasowych spotkań z siostrami, naszą imprezą urodzinową, na którą przyjedzie 5 sióstr (z Łotwy, Hiszpanii, Niemiec, Izraela i Polski), występem Drag Queen Charlotte oraz obroną mojego dyplomu magisterskiego pt. „Bliźniaczki”.