rezydencja w walencji 2017

HORACY MUSZYŃSKI

 

Fragment dziennika dr Antonio Gonzalesa.

Dwa dni przed wybuchem epidemii.

 

29.11.2017

 

Nazywam się Antonio Gonzales, jestem doktorem w Centrum badań Labolatoryjnych w Walencji. Od kilku dni nasze Centrum otrzymuje wiadomości o epidemii wywołanej przez napływ chemicznych odpadów. Wyrzucane są w całej Europie przez morskie fale. Na tutejszej plaży też pojawiły się zielone fragmenty jakiejś organicznej substancji. Niestety są już ofiary. W nocy trafił do nas jasnowłosy chłopak. Cudzoziemiec jak mniemam. Był w masakrycznym stanie. W jego rany musiało wdać się zakażenie, gdyż wyciekał z nich ciemnozielony śluz. Ktoś lub coś musiało go zaatakować. Jego twarz była zmasakrowana do tego stopnia, że mieliśmy problemy z jego identyfikacją. W rzeczach, które miał przy sobie znalazłem notatnik. Biedak przyjechał tutaj na rezydencję artystyczną.

Oto fragment:

„Od początku byłem pozytywnie zaskoczony opieką. Liczne telefony, ustalanie terminów wszystko dla mojej wygody. Już na lotnisku czekali na mnie opiekunowie, którzy wprowadzili mnie w luźny hiszpański klimat. Zostałem zakwaterowany w akademiku. Na miesiąc stałem się jednym z 50,000 tysięcy studentów z Walencji. Malutki pokoik, wspólna łazienka a za ścianą całonocne imprezy. Idąc korytarzem, w którym unosiła się papierosowa mgła, mijałem ludzi o wszystkich typach karnacji. Prawie połowa tutejszych dwudziestoparolatków pochodzi z ogólnoświatowych wymian studenckich. Niektórych cała ta sytuacja mogłaby denerwować. Ja jednak zawsze chciałem doświadczyć takiego typowego studenckiego życia, niemalże jak z filmów. Już podczas pierwszych wspólnych posiłków w kantynie poznałem kilkoro amerykanów. Oprowadzili mnie po okolicznych barach i knajpach. Jest ich w Walencji od groma. Ludzie tutaj preferują siedzieć na ulicach z kieliszkiem domowego wina lub ewentualnie szklanką słodkiego Wermutu z cierpką zieloną oliwką. Moi amerykańscy przyjaciele, wprowadzili do mojego słownika  podstawowe hiszpańskie zwroty. W drodze powrotnej zaopatrzyli mnie w najróżniejsze żelki, ciągutki i krewetkowe krakersy, z jednego z wielu chińskich marketów. Te sklepy przypominały mi wielkie czarne dziury, do których wpadło niemalże wszystko. Od materiałów budowlanych, sprzętu AGD, zastaw stołowych, dywanów, ubrań, akcesoriów imprezowych po wspomniane już wcześniej przedziwne azjatyckie słodycze. Nic jednak nie miało rozpoznawalnej marki. Był to prawdziwy raj bezużyteczności. Jutro pierwszy raz idę na uczelnie, mam nadzieję, że jest tam równie wesoły i szalony klimat.”

Na następnych kilku stronach zapisane było kilkanaście numerów i nazwisk. Osoby z całego świata. Musiał wyrobić sobie niezłą bazę kontaktów. Niestety obecnie zbytnio mu się to nie przyda, szkoda.

„Moi Hiszpańscy gospodarze otaczają mnie wspaniałą opieką. Wydrukowali dla mnie programy najważniejszych instytucji kulturalnych i mapki jak do nich dotrzeć. Niemalże codziennie odbywa się tu jakieś kulturalne wydarzenie. Od wystaw, przez koncerty, po kabarety i spektakle. Na samej uczelni także dzieje się bardzo dużo! Trafiłem w sam środek festiwalu animacji. Całodniowe projekcie wypełnią mi kilka następnych dni. Poznałem też super pozytywną grupę studentów wydziału wizualnego. To jest niezwykłe, że niemalże codziennie studenci też inicjują jakieś wydarzenia. Uliczne performansy, całonocne medytacje w muzeach, imprezy połączone z action painting, czy międzynarodowe kolacje w studenckich mieszkaniach. Bardzo szybko wkręciłem się w wir tych wszystkich wydarzeń, gdzie wszystko kręci się wokół uśmiechu i szczerej życzliwości.”

Dalej znajdowały się liczne szkice i notatki. Chłopak ewidentnie opracowywał jakiś projekt. 

“Wybrałem się na kilka dni do Barcelony, zobaczyć protesty. Najbardziej jednak zasmucił mnie fakt, iż prawie nikogo tam nie było. Bataliony policjantów stały wokół dwóch osób, które siedziały na środku placu. Później dowiedziałem się, że są na strajku głodowym. Z licznych rozmów jakie przeprowadziłem, dopełnił się smutny obraz całej sytuacji. Protesty w Katalonii tak naprawdę są walką nie tyle o niepodległość, ale jest to raczej utopijne starcie z globalizacją. Z turystyczną machiną, która wyrzuciła artystów z La Rambli i uczyniła z centrum miasta wielki targ śmieciowych pamiątek. Wszędzie takie same, zrobione z wyzysku: kule wodne otwieracze do piwa, breloki. Złotymi literami wypisana Barcelona, z tyłu zamazany napis Madryt. Dla koneserów także znajdzie się dużo rarytasów, najlepsze podróbki torebek znanych marek, koszulek klubów sportowych. Dopadł mnie głód, lecz jedyne co widziałem to wystające gdzieniegdzie ledowe szyldy kebab barów. Dlatego nienażarty udałem się CCCB na wystawę After the End of the World. Wiem po niej tyle, że przyszłością będzie konsumpcja larw, a apokalipsa jest właściwie nieunikniona.”

Ten chłopak miał przeczucie, że coś się niebawem wydarzy. Jutro mają przyjechać do nas japońscy eksperci żywieniowi. Ponoć ustalono, że obecna epidemia jest wynikiem skażenia pochodną jakiś warzyw, jednak cały czas ustalają gdzie tajemnicza zaraza miała swój początek. Mam swoje teorie na ten temat, nie mniej wolałbym nie mówić nic w ciemno. Wieczorem w telewizji będzie odbędzie się emisja specjalnej transmisji alarmowej, w której też są moje wypowiedzi.

30.11.2017

Dzisiaj rano przyleciał do nas amerykański doktor, niejaki Brian Horn. Razem z nim będziemy przeprowadzać autopsję na chłopaku. Wczoraj w nocy nastąpiła bardzo dziwna transformacja. Nie było mnie raptem kilka godzin, a jego ciało uległo ogromnym przemianom. Całość sylwetki skurczyła się i wygięła. Całkowicie zniknęła infrastruktura kości, a części ciała stały się nie do poznania, wchłaniając się w tors. Jego skóra przybrała ciemny zgniłozielony kolor, pojawiły się też wrzody. Śluz, który wcześniej wydobywał się z ran, teraz w całości pokrywał chłopaka lub to co z niego zostało. Mówiąc krótko, w ogólnie nie przypomina już człowieka a raczej, tutaj nie mogę znaleźć żadnego innego adekwatnego określenia, korniszona, ogórka, pikla.

“Jestem strasznie zagubiony. Fotografuję co tylko popadnie, szukam inspiracji. Mam wrażenie, że nie wymyślę nic nowego. Chciałbym, aby moja rezydencja była dla mnie czymś niezapomnianym, wstrząsającym. W pewnym sensie jest, ale to nadal nie są doznania, które zmieniły by moje życie. Wczoraj przeczytałam o pierwszym udanym przeszczepie głowy. Może to jakoś powinien wykorzystać. Moi hiszpańscy przyjaciele bardzo mi we wszystkim pomagają. Często spędzamy wieczory szwędając się po ulicach, wypożyczyłem też rower i podróżuję wokół miasta. Mieszkańcy przywiązują niezwykłą wagę do upraw. Można powiedzieć, że jak u nas są ogródki działkowe, tak tutaj są liczne publiczne ogrody. Społeczność wspólnie hoduje warzywa, owoce czy zioła. Nie ma tutaj zimy więc sadzonkami można zajmować się przez cały rok. Końcówka listopada a w dzień jest minimum dwadzieścia cztery stopnie. Dodatkowo nie miałem dnia, w którym by padał deszcz. Jestem niezwykle szczęśliwy, że mam możliwość takiego wyjazdu. Uważam, że podróże dla młodego twórcy są koniecznością. Niezwykle pogłębiają wachlarz doświadczeń i wiedzy. Nigdy nie wiadomo kiedy jakiś zapisany przez nasz umysł element, stanie się nowym motywem do twórczych działań.”

Chyba jak każdy w nowym miejscu, czuł się bardzo zagubiony. Ja także nie wiem co myśleć o tej całej sytuacji. Moi przełożeni ewidentnie coś ukrywają. Dlaczego przysłali tutaj Amerykanina. Może ta autopsja i analiza śluzu da mi więcej odpowiedzi. Czekamy już tylko na wywołanie zdjęć rentgenowskich. Udało się nam odblokować telefon chłopaka, miał na nim niezliczoną ilość zdjęć i filmów. To jeden z ostatnich wpisów. Pochodzi z dnia poprzedzającego wybuch epidemii.

“Poznałem też jedną dziewczynę. Moi koledzy ostrzegają mnie, podobno ma jakiegoś chłopaka. Jednak tyle czasu czekałem na miłość swojego życia, a Hiszpanki to chyba najmilsze kobiety jakie znam. Mam też wrażenie, że się jej podobam. Jutro wybieramy się na plażę porzucać ringo. Pomyślałem sobie też, że nie muszę się przejmować i tworzyć czegoś na siłę. Nie byłem tego świadomy, ale zrobiłem ogromną ilość zdjęć i filmów. Całe szczęście w dzisiejszych czasach telefony samodzielnie filtrują materiały. Nie muszę się więc nawet przejmować ich obróbką. Mój telefon sam montuje zdjęcia i filmy, dobiera do nich odpowiednią muzykę, zależnie od klimatu na zdjęciach. To prawdziwe zbawienie dla twórcy, od teraz nie muszę nawet myśleć nad tym co robię wystarczy tylko zbierać, zbierać i zbierać materiały ”

Posegregowałem te klipy. Na każdym i tak widniała data i miejsce, jak widać telefon zapamiętywał położenia geograficzne zdjęć. Zapiszę sobie te filmy do komputera może po całej kryzysowej sytuacji uda się nam tego młodego twórcę zidentyfikować.

Opowiadanie jest prologiem do filmu: Kishonia

 film