rezydencja w walencji 2015

KATARZYNA KIMAK

Wygrana w konkursie Artystyczna Podróż Hestii umożliwiła mi odbycie rezydencji artystycznej w Walencji, w trakcie której uczęszczałam na zajęcia Wydziału Sztuk Pięknych Uniwersytetu-Politechniki Walenckiej. Część wspomnień z Hiszpanii się zatarła, część jest nadal żywa. Poprzez tę krótką relację odbędę pewną nostalgiczną podróż w czasie do miejsc, które mnie zachwyciły i które pokochałam podczas pobytu w tym nieznanym mi wcześniej mieście. Mieście, które od tej pory pozostanie bliskie memu sercu już zawsze.
W swoim życiu miałam kilka dłuższych i znaczących wyjazdów do Stanów, Australii, Włoch czy Berlina, które na pewno w dużym stopniu mnie ukształtowały. Bardzo się ucieszyłam z zajęcia drugiego miejsca w Konkursie APH, bo Hiszpanii nigdy wcześniej nie odwiedziłam, od dawna o tym myślałam, a teraz dostałam szansę poznania jej naprawdę dobrze, dzięki miesięcznemu pobytowi oraz stypendium ufundowanemu przez Fundację APH. Na lotnisku w Walencji z otwartymi ramionami przywitała mnie Teresa Chafer Bixquert, koordynatorka Konkursu po stronie hiszpańskiej, razem z jej asystentką Patricią. Zaraz potem zawiozły mnie do przepięknego mieszkania na pierwszym piętrze zabytkowej kamienicy, które znajduje się w jednej z wąskich uliczek El Carmen na obrzeżach starego miasta. Tam właśnie zamieszkałam. El Carmen jest jedną z najstarszych dzielnic Walencji. Jednocześnie jest najbardziej zróżnicowana i kosmopolityczna. Pełna restauracji, barów, klubów, głośna i żywotna szczególnie późnymi wieczorami oraz piątkowo-sobotnimi nocami. Tylko tam usłyszeć można muzykę daleką od mainstreamu: jazz, blues, funk, latino, flamenco, czy inne w ogóle nieznane melodie. Choć wiele z tych miejsc odnaleźć można wzdłuż popularnej Calle Caballeros, prawdziwy duch El Carmen ukryty jest głębiej, w podziemiach bądź podwórkach kamienic przy mniejszych uliczkach. Dzielnica ta stanowi swojego rodzaju kalejdoskop kultur, nastrojów i ludzi. Na ulicy spotkać można każdego – tubylców i przybyszów, młodych i starych, bogatych i bezdomnych, ludzi każdej narodowości i rasy. Wśród klimatu urokliwych kamienic i brukowanych uliczek, praktycznie wszędzie widać graffiti – dla mnie był to jeszcze inny głos starego miasta, którego znaczenie starałam się odkryć.


Mieszkanie, które mi udostępniono, było przestronne, nowocześnie zaprojektowane, jednocześnie przytulne. Składało się z dwóch stref: otwartej dziennej oraz prywatnej – sypialni, z mini-tarasem wychodzącym na stronę południową. Lubiłam ten moment, kiedy około godz. 13-14 całe mieszkanie wypełniało się światłem. Wiele z atrakcji turystycznych
znajdowało się w odległości kilkuminutowego spaceru. Postanowiłam na własną rękę odkrywać miasto, wyznaczać własne ścieżki, bez przewodnika, z mapą w ręku i ciekawością w głowie. Początkowo gdy się gubiłam, z powodu innych nazw ulic na mapie i innych na tabliczkach budynków (jak się potem okazało, wersje języka hiszpańskiego i walencjańskiego się trochę różnią), punktem orientacyjnym były wieże Torres de Serranos, które stoją obok ulicy, przy której mieszkałam. Kiedyś stanowiły główną bramę wjazdową do miasta. Powstałe w XIV wieku, monumentalne, w walencjańskim stylu gotyckim. W pierwszej chwili wydały mi się zabytkiem podobnym do innych. Potem dowiedziałam się o ich ciekawej historii. W latach 1586 – 1887 były więzieniem, natomiast podczas hiszpańskiej wojny domowej przewieziono do nich prace z kolekcji muzeum Prado w Madrycie. Na kamienną masę, z której zbudowana jest brama, położono wtedy 90-centymetrową warstwę betonu do poziomu pierwszego piętra w celu ochrony przed ewentualną próbą zniszczenia. W moim najbliższym otoczeniu były też ogrody Turii, które są przykładem bardzo interesującego przekształcenia przestrzeni. Walencja powstała nad rzeką, której ostatnia tragiczna w skutkach powódź w 1957 roku, zadecydowała o przeniesieniu jej na południe od miasta. W miejscu pozostałych 110 hektarów koryta zaprojektowano unikalną przestrzeń zieloną Jardin del Turia - Ogrody Turii, o wyjątkowej roślinności, z elementami małej architektury, rzeźby, boiskami, ścieżkami rowerowymi. Słyszałam historię od rodowitej Walencjanki, że przeniesienie rzeki było tak kosztowne, iż nakazywano mieszkańcom kupować symboliczne „cegiełki” w postaci znaczków pocztowych. Ta kontrowersyjna ingerencja w środowisko naturalne poprawiła komfort życia ludzi i zbliżyła do siebie dwie części miasta. Miejsce wcześniej postrzegane negatywnie, stało się również moją zieloną oazą, w której znajdowałam spokój i wyciszenie. Jedną z głównych atrakcji jest miasteczko sztuki i nauki projektu Calatravy, które powstało w dawnym korycie Turii, nazywane miastem przyszłości. Uważane za jedno z najnowocześniejszych i najlepiej zaprojektowanych na świecie. Architektura całego kompleksu, który obejmuje masę obiektów, m.in. planetarium, oceanarium, delfinarium i muzeum nauki, naprawdę robi wrażenie. Ta ikona Walencji, która ściąga rzeszę turystów, dla mieszkańców stała się również symbolem rozrzutnego i nieumiejętnego zarządzania finansami projektu, co odbiło się na nich w postaci podniesionych podatków. W Walencji jest trochę miejsc przeznaczonych dla sztuki współczesnej. Bardzo podobała mi się wystawa fotograficzna Xavier’a Molli Correspondència amb Mediterrània w Museo Valenciano de la Ilustracion y la Modernidad (MuVIM). Wnikliwe, czarno-białe portrety, fragmenty rzeczywistości i niezwykłe śródziemnomorskie pejzaże. Inną, ważną dla mnie wystawą, była Gillian Wearing w Institut Valencià d'Art Modern (IVAM). Osiem video-instalacji, rzeźba i jedenaście fotografii. Porusza tematy przemocy, nienawiści, izolacji, lęku i traumy w specyficzny dla siebie sposób. Ciekawie było zobaczyć jakim językiem i za pomocą jakich form przedstawia wątki, które w równym stopniu mnie interesują. Godna polecenia jest też galeria Espai Visor i Mr Pink. W Espai Visor widziałam fajną wystawę Juxtapositions. Zestawienie prac niemieckiego artysty Lothar’a Baumgartena i duetu hiszpańskiego Bleda y Rosa odnośnie Ameryki Łacińskiej i Południowej. Prace Bledy i Rosy powstały poprzez osobiste doświadczenie podróży tam, natomiast Baumgarten stawia na efemeryczną kreację w swoim rodzinnym ogrodzie w Niemczech.


W tej krótkiej relacji trudno nie wspomnieć o Plaza de la Virgen w sercu starego miasta. Wyłożony marmurem plac, otoczony katedrą i bazyliką, wybudowany w mieszance stylów gotyckiego i klasycznych. Katedra okazała się miejscem niezwykłym. Zaraz po wejściu do niej czuć przyjemny chłód. Wewnątrz dwa obrazy Goyi i kaplica Świętego Graala. Podobno właśnie ten kielich był użyty przez Jezusa podczas Ostatniej Wieczerzy, a potem przez wielu papieży. Tradycję tę odnowił w 1982 Jan Paweł II podczas swojej wizyty, a następnie Benedykt XVI w 2006. Absolutnym must-see jest ośmioboczna dzwonnica El Micalet – jeden z symboli miasta. Naprawdę warto wejść do góry te 207 stopni po to, by zobaczyć rozciągający się z niej nieziemski wprost widok na Walencję otoczoną z trzech stron górami i Morze Śródziemne. W odległości około 500 metrów od katedry znajduje się Mercado Central – największy w Europie targ i główne miejsce zaopatrywania się Walencjan w produkty spożywcze. Przypomniał mi nieco Halę Mirowską w Warszawie. Modernistyczna, ośmioboczna hala ze szkła i żelaza ukrywa niezliczoną ilość stoisk pełnych świeżych ryb, owoców morza, wędlin, alejek z owocami i warzywami, które swoimi słonecznymi kolorami przełamują surowość konstrukcji budynku. W weekendy po brzegi wypełnione tłumem, miejsce idealne na zakupy, gdy chce się przyrządzić coś wyjątkowego i poczuć prawdziwie śródziemnomorski klimat.
Oprócz intensywnego zwiedzania chodziłam na zajęcia na Wydziale Sztuk Pięknych. Kampus Uniwersytetu robi wrażenie. Wygląda zupełnie jak w amerykańskich filmach. Oprócz wielu budynków rozmieszczonych na ogromnym terenie, znaleźć można tam praktycznie wszystko. Sklepy, kawiarnie, banki, boiska. Możliwości jakie daje tamtejszy wydział sztuki przerosły moje oczekiwania. Mogłam wybrać dowolną ilość i dowolne przedmioty, jakie są oferowane
na wszystkich kierunkach. Zainteresowały mnie szczególnie te związane z nowymi mediami, jak np. instalacje, sztuka dźwięku, media interaktywne, sztuka publiczna czy performance. Wybór jest ogromny, ale niestety nie wszystkie przedmioty były dostępne podczas mojego pobytu. Część zaczyna się w październiku, a jeszcze inne dopiero w semestrze letnim. Najlepiej wspominam performance. Zajęcia trzy razy w tygodniu po kilka godzin w głównej mierze polegały na wykonywaniu ćwiczeń indywidualnych i grupowych w przestrzeni kampusu i miasta. Bardzo rozwinęły mnie, pomogły mi otworzyć się, poczuć i zrozumieć przestrzeń. Na wydziale poznawałam też wiele osób, profesorów z którymi kontakt jest dużo swobodniejszy niż na uczelniach w Polsce, i studentów, z którymi utrzymuję kontakt do teraz. Urządzili mi wspaniałą kolację pożegnalną ostatniego dnia mojego pobytu na hali pracowni rzeźby. Javier przyrządził specjalność kulinarną Walencji – paellę. To był bardzo miły akcent na koniec.
Duże zainteresowanie wzbudziła we mnie stara dzielnica rybacka El Cabanyal, która znajduje się przy głównej plaży La Malvarossa. Jest to bardzo ciekawa i zróżnicowana architektonicznie część miasta. Przeważają dwu-trzypiętrowe kamienice, których fasady pokryte są różnokolorowymi ceramicznymi płytkami tworzącymi przeróżne zygzaki czy popularny wzór szachownicy. Znaleźć można tam wszystko od baroku, po secesję, nawet wpływ art deco. Widoczna jest śródziemnomorska wrażliwość na światło, morskie kolory błękitu, zieleni i bieli. Dla mnie ta dzielnica ma w sobie coś wyjątkowego. Niestety od jakiegoś czasu jej istnienie jest zagrożone. W duchu szybkiego rozwoju i komercjalizacji miasta rząd Rity Barbery zatwierdził plan przedłużenia nowoczesnej ulicy Blasco Ibáñez, która biegnie od centrum, w stronę morza. Realizacja tego planu wymaga zniszczenia ponad 1500 budynków mieszkalnych znajdujących się na terenie Cabanyal. Władze przyjęły strategię podstawiania publicznych firm, które zmuszały właścicieli tych lokali do sprzedaży ich po niskich cenach, potem doprowadzono do ich wyludnienia. Aktywiści Cabanyal zebrali się pod jedną grupą o nazwie Salvem el Cabanyal, co znaczy Save the Cabanyal, i jak do tej pory udało im się powstrzymać buldożery przed zniszczeniem części budynków. Konflikt jest wciąż żywy. Władze chętnie pozbyłyby się niewygodnej dla niej części marginesu społecznego z tak strategicznego miejsca jakim jest Cabanyal, budując w to miejsce ekskluzywne ulice, hotele i atrakcje turystyczne. Taka sytuacja miała już miejsce przed laty w El Carmen, kiedy to „przeniesiono” tych ludzi do Cabanyal właśnie. Rozmawiałam z wieloma osobami stamtąd. Każdy ma jakąś trudną historię za sobą, która zmieniła jego życie i przede wszystkim odmieniła go wewnętrznie.


Będąc cały miesiąc w Hiszpanii nie mogłam odmówić sobie wycieczki do Barcelony i Madrytu, które leżą w tej samej odległości od Walencji, około 350 km. W połowie września odwiedził mnie mój partner i wtedy zrobiliśmy dwa wypady z miasta. Choć były bardzo krótkie, to intensywne. W Barcelonie obowiązkowo odwiedziliśmy Sagradę Familię oraz Park Güell projektu Gaudiego, z którego rozciąga się przepiękny widok na panoramę miasta. Madryt wydał nam się ogromny. Czuć pewną wielkomiejskość i królewskość. Szczególnie spodobał nam się Park Retiro, który trochę przypomina warszawskie Łazienki przez swoją elegancję, harmonijny rozkład i obecność pałacyku na wodzie. Zamiast oswojonych wiewiórek mają tam oswojone wróble. Pałac Kryształowy w środku parku zbudowany jest w całości ze szkła i stali na wzór londyńskiego Crystal Palace, ze sztucznym jeziorem wokół i fontanną. Obok znajduje się drugi pałac, projektu tego samego architekta – Ricardo Velázquez’a Bosco, w którym obecnie pokazywana jest wystawa prac Andrzeja Wróblewskiego Recto/Verso.

Walencja jest miastem niezwykłym pod wieloma względami, tętniącym życiem w dzień i w nocy. Zafascynowała mnie swoją żywiołowością i zróżnicowaniem. Ta rezydencja była balansowaniem pomiędzy nauką, poszukiwaniami twórczymi, zwiedzaniem a odpoczynkiem. Wśród napiętego grafiku udało mi się też złapać trochę słońca na plaży i usłyszeć kojący szum fal Morza Śródziemnego. Ten miesiąc był ważny dla mnie z punktu widzenia mojego rozwoju, możliwości zgłębiania nowych tematów na nieznanym wcześniej gruncie, spotkań z ludźmi i inną kulturą. Walencja jest takim mikrokosmosem. Obok siebie istnieje wiele bliskich sobie i dalekich światów, które tworzą harmonijną całość. Jestem teraz bogatsza o nowe doświadczenia, wiedzę i inspiracje.
Słowo Walencja pochodzi od łacińskiego słowa valens, co znaczy silny i taka się czuję po powrocie do Polski. Dziękuję Fundacji Artystyczna Podróż Hestii za ten piękny czas i możliwość intelektualnego wzniesienia się o poziom wyżej.