11 sierpnia 2026
„Nie wszyscy myślą, ale wszyscy jedzą”. Rozmowa z Michaliną Bigaj o wystawie „Przepraszam za bałagan” na Wawelu
Wawelskie komnaty, wielowiekowa historia i… talerz pełen dzikich roślin zebranych na krakowskich nieużytkach. W Zamku Królewskim na Wawelu można było oglądać niezwykłą i przewrotną ekspozycję Michaliny Bigaj pt. „Przepraszam za bałagan” (kuratorowaną przez Agnieszkę Jankowską-Marzec). O kulinarnym wymieraniu gatunków, zapomnianym smaku banana, lekcji historii i ekologicznej stagnacji z artystką rozmawia Karolina Greś.
Dualizm jednego zdania
Karolina Greś: Michalino, czy mogłabyś opowiedzieć, na co patrzymy? Wystawa nosi tytuł Przepraszam za bałagan.
Michalina Bigaj: Zacznę od samego tytułu. Z jednej strony to zdanie, które często wypowiadamy w polskich domach, przyjmując niespodziewanych gości. Z drugiej – w kontekście treści tej wystawy – to przeprosiny za naszą egzystencję na Ziemi i sposób, w jaki tu funkcjonujemy.
Sama wystawa opowiada o wymieraniu kulinarnym – zjawisku, które szerzej opisała Lenore Newman w swojej (niewydanej po polsku) książce Lost Feast. Autorka opisuje w niej gatunki, co do których mamy duże prawdopodobieństwo, że wyginęły nie przez zmiany klimatyczne, ale dlatego, że zjedliśmy je… prawdopodobnie do ostatniej sztuki.
fot. @meta_strong_fiction / Szymon Sokołowski
To niesamowite. Podobnie jak ze zwierzętami, na które po prostu za bardzo polowano.
Dokładnie. Na wystawie znajdziemy takie przykłady. Ten temat łączę w nieoczywisty sposób z Zamkiem na Wawelu, wykorzystując kontekst miejsca na dwa sposoby. Z jednej strony bazowałam na wizualnych aspektach kolekcji wawelskiej – robiłam kwerendę, oglądałam zgromadzone obiekty…(w tle słychać gwarny ruch)
Przepraszam, że Ci przerywam, ale to niesamowite, jak dużo osób tu przychodzi! Nagrywamy w polowych warunkach, bezpośrednio na ekspozycji, i odkąd tu przyszłyśmy, ciągle mijają nas całe grupy. Chyba o taki efekt chodziło? Żeby opowiadać tak, by ludzie chcieli słuchać?
Tak, chociaż obserwowanie publiczności w trakcie rozmowy bywa wyzwaniem (śmiech). Wracając do wątku: podczas kwerendy nie skupiałam się na jednej epoce. Szukałam pojedynczych obiektów z kolekcji, od których mogłabym się narracyjnie odbić. Stylistycznie wystawa nie wygląda jak sztuka współczesna – operuje tradycyjnym językiem, rzemiosłem i stylizacją. Z drugiej strony pozwoliłam sobie na budowanie zupełnie nowej narracji wokół historii gatunków i historii Wawelu właśnie poprzez sztukę współczesną.
fot. @meta_strong_fiction / Szymon Sokołowski
Bierność w obliczu katastrofy
Opowiedzmy o tej wystawie wedle zasady od ogółu do szczegółu. Punktem wyjścia była tradycja i zbiory wawelskie. Co widzimy na pierwszy rzut oka, zanim zorientujemy się, jak bardzo ta ekspozycja jest przewrotna?
Cała historia nie zaczyna się na samej sali. Wystawę poprzedził performance, a to, co na ekspozycji widzimy, stanowiło do niego scenografię. Wzięła w nim udział większość prezentowanych tu obiektów. Performance był ucztą przygotowaną przeze mnie z dziko rosnących roślin, zbieranych na krakowskich nieużytkach miejskich.
Do kogo była skierowana ta uczta?
Brali w niej udział performerzy oraz publiczność. Było to spotkanie grupy przyjaciół przy kolacji, którzy ucztują i prowadzą rozmowę. Impulsem była prywatna sytuacja z początku 2022 roku, gdy eskalowała inwazja w Ukrainie. Pamiętam, że siedzieliśmy wtedy ze znajomymi w domu przy kolacji i panowało zamrożenie. W pewnym momencie moja przyjaciółka, scrollując telefon, po prostu wstała, wzięła kluczyki, wyjęła paszporty i powiedziała, że idzie zatankować samochód. Abstrahując od tego, czy z dzisiejszej perspektywy było to w tamtym czasie niezbędne, tym ruchem podjęła jakieś działanie w obliczu strachu – przerwała zamrożenie w ciele, które odczuwałam. I zrobiło to na mnie wrażenie, bo sama nie byłam zdolna do żadnego ruchu.
W kontekście zmian klimatycznych i wymierania gatunków my również trwamy w takim zamrożeniu. Dzisiaj mamy rekordową temperaturę na zewnątrz – znaki do nas docierają, dysponujemy wiedzą, ale wciąż niewiele z tym robimy. Spychamy te fakty gdzieś na tyły naszej świadomości – tak jak bohaterzy performance’u.
Podczas performance’u goście ucztowali przy potrawach stylizowanych na fine dining, ale przygotowanych z dziko rosnących roślin porastających miejskie nieużytki. Sercem wystawy jest właśnie stół, przy którym odbywała się ta kolacja.
fot. @meta_strong_fiction / Szymon Sokołowski
Dziki fine dining na krakowskiej ziemi
Jakim kluczem kierowałaś się, zbierając te rośliny? Czy masz wiedzę botaniczną, czy chodziłaś z przewodnikiem?
Chodziłam z moim przyjacielem Tomkiem Jureckim. Oboje pasjonujemy się szukaniem nowych możliwości kulinarnych. Głównym kluczem była sezonowość – performance odbywał się pod koniec kwietnia, więc podaliśmy to, co wtedy rosło, między innymi: pokrzywy, pędy chmielu, syrop z magnolii, lody z prażonego korzenia mniszka lekarskiego, którego używano jako zastępnika kawy w czasach wojny i głodu.
Gdybyśmy przenieśli ten performance na inny miesiąc, menu również byłoby zupełnie inne.
O oprawie dźwiękowej wystawy
Na wystawie nie ma dokumentacji wideo z uczty. Słychać jedynie nagranie audio.
Zrezygnowałyśmy z wideo celowo, bo wraz z kuratorką Agnieszką Jankowską-Marzec miałyśmy poczucie, że byłoby ono tylko substytutem tego doświadczenia. Wideo zostawiałoby widza z poczuciem niedosytu czy FOMO. Natomiast mamy nagranie audio, więc oglądając ten stół już na ekspozycji, poruszając się wokół niego, możemy mieć trochę takie wrażenie, jakbyśmy byli przy tym stole w trakcie. Głosy w tle działają jak metaforyczny ślad po czymś, co minęło i już nie wróci.
fot. Adam Golec / Zamek Królewski na Wawelu
Stół – dwa lata medytacji
Przejdźmy do samych obiektów. Centralne miejsce zajmuje stół.
Ma cztery metry długości i balansuje na granicy obiektu sztuki i mebla użytkowego. Zdobi go bogaty ornament przedstawiający właśnie jadalne rośliny, które możemy spotkać w miastach. Został wykonany tradycyjną metodą intarsji z kilkudziesięciu gatunków drewna. Używałam różnych fornirów – głównie naturalnych, ale też modyfikowanych – by odtworzyć światłocień roślin rysowanych na podstawie starych atlasów botanicznych.
Słyszałam, że konstrukcja stołu również kryje niespodzianki.
Stół składa się z trzech części i jest rozsuwany. Zadbałam o to, żeby po wyjęciu środkowego modułu i zsunięciu skrajnych rysunek intarsji nadal tworzył spójną całość. Praca nad nim trwała dwa lata. To był długi, wręcz medytacyjny proces, wymagający ogromnego skupienia, ale to też jest taki rodzaj pracy, który ja najbardziej lubię.
Czarna porcelana i… resztki
W gablotach obok stołu widzimy ceramikę, szkło i sztućce.
To stworzona przeze mnie Zastawa Turza. Jest bezpośrednim nawiązaniem do historycznej Porcelany Misińskiej – Serwisu Łebędziego ze zbiorów Zamku. Zdecydowałam się na użycie czarnej ceramiki, dlatego że jest ona negatywem tej białej porcelany, co właśnie w tym kontekście, że turów już nie ma – ostatni wyginął w 1627 roku – jest też żałobnym kolorem. W kontekście Wawelu splatają się tu dwie ciekawe historie: ustawa ochronna Władysława II Jagiełły oraz zachowane w Bibliotece Jagiellońskiej pojedyncze strony książki Kuchmistrzostwo Pawła Severina z 1535 roku, gdzie zachował się przepis na „zwierzynę bawołową”.
fot. Adam Golec / Zamek Królewski na Wawelu
A z czego powstały te niezwykłe sztućce stojące obok?
Z resztek jedzenia z mojego stołu. Zbierałam odpadki, suszyłam je, formowałam w kształt widelców i łyżek, a następnie poddawałam galwanizacji – najpierw miedzią, potem srebrem. To gest przywrócenia wartości temu, co odrzucone. I też jest takim symbolicznym gestem, bo z resztek konsumpcji stworzyłam jakby na powrót narzędzie do konsumpcji.
Motyw banana też jest przewrotny – w końcu te banany, które dzisiaj jemy, to zupełnie inne odmiany niż kiedyś!
Dokładnie. Sztuczny, „chemiczny” aromat bananowy w słodyczach to w istocie pozostałość smaku dominującej w latach 50. i 60. odmiany, której już nie ma. Przez brak różnorodności upraw i stosowanie monokultury choroba grzybowa zniszczyła całe plantacje. Dzisiejsze banany smakują zupełnie inaczej.
Sylphium i gołąb wędrowny
W ostatniej gablocie uwagę przykuwają naczynia o bardzo specyficznych kształtach.
Znajdziemy tu kieliszki o bardzo płytkiej czaszy. Podczas performance’u wymuszało to na performerach ciągłe dolewanie do nich płynów – symbolizowało to kurczące się zasoby. Kształt kieliszków nawiązuje do sylfium – antycznej, endemicznej rośliny leczniczej i przyprawy (używanej też jako środek wczesnoporonny), którą starożytni zjedli do ostatniego egzemplarza.
Drugim obiektem jest pasztetnica z wizerunkiem gołębia wędrownego. Na pokrywie pasztetnicy umieściłam płaskorzeźbę gałązki dębu i przysiadłego na niej gołębia. Żył w Stanach i był gatunkiem bardzo licznym. Zachowały się wspomnienia, że gdy stada przelatywały nad głowami, „niebo czerniało”. Wyginął bezpowrotnie w XX wieku. Najsłynniejszym daniem z niego przygotowywanym było pigeon pie, co narracyjnie łączę z naszymi polskimi tradycjami kulinarnymi, czyli pasztetem. Pasztety od francuskiego pâté, co też nas prowadzi do dworskiego kucharza Paula Tremo, który co prawda na Wawelu musiał już gotować sporadycznie, bo był kucharzem Stanisława Augusta Poniatowskiego.
To on odchudził ciężką polską kuchnię, wprowadził na nasze stoły sezonowość i jest też autorem takiego zdania, które, choć wypowiedziane w innym kontekście, ja traktuję jako bardzo dobry komentarz do mojej wystawy: „Nie wszyscy myślą, ale wszyscy jedzą.”
Gdybyś miała wskazać jeden moment – z procesu twórczego lub samego wydarzenia – który zapamiętasz najmocniej?
Zdecydowanie performance. Było to duże wyzwanie logistyczne, stres. Proces komponowania dań, przygotowywania, zbierania roślin – myślę, że to jest coś, co najbardziej zapamiętam.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Wystawę solową Michaliny Bigaj pt. „Przepraszam za bałagan” (kurator: Agnieszka Jankowska-Marzec) można było oglądać na Zamku Królewskim na Wawelu. Projekt otrzymał dotację w II edycji Ogólnopolskiego Programu Dotacyjnego Artystyczna Podróż Hestii.